To był koncert…
Legniczanin, pragnący zachować anonimowość, przesłał nam list, w którym dzieli się refleksjami po koncertowej Gali Noworocznej, zorganizowanej 17 stycznia br. w legnickiej katedrze przez KGHM Polska Miedź SA. Poczytajmy.
Gdy kilka lat temu po koncercie w Legnickim Polu, na którym po kilkudziesięciu latach milczenia zagrały, dzięki księdzu Zbigniewowi Kuleszy, jego pomysłowości i uporowi, zabytkowe, barokowe organy, napisałem, że razem z piszczałkami organów śpiewały anioły na gzymsach i malowidłach świątyni.
W piątkowy wieczór w legnickiej katedrze, stojąc na „wysokiej jaskółce” widziałem jednocześnie pulpit dyrygenta i lekko oświetlonego aniołka z piaskowca. W pewnym momencie, gdy narastała dramaturgia wokalizy z „Dziewiątych wrót” Wojciecha Kilara w wykonaniu Justyny Steczkowskiej, zauważyłem lekki ruch. To wraz z narastającymi interwałami nastroju utworu unosiło się ramię katedralnego aniołka. Czarodziejka głosu zaczarowała nie tylko nas, ludzi…. W najbardziej dramatycznym momencie utworu wibrowały ściany, wibrowały witraże. Słuchający, jakby w zasłuchaniu, zatrzymali oddechy. Wydawało się, że w legnickiej świątyni naprawdę otwierają się nieznane wrota.
Gdy zaśpiewał duet Justyna Steczkowska – Marcin Bronikowski, wykonując w niespotykany sposób Ave Maria Schuberta, zauważyłem na buźce putta błysk. Po piaskowcowym policzku płynęła niewielka łezka. Tu muszę przyznać, że ja, bardzo dorosły, posiwiały mężczyzna, też płakałem. Takiej muzyki nie dało się inaczej przeżywać. Nie wstydziłem się.
Mistrzowskie wykonanie Ecce panis Francka przez duet Wioletta Chudowicz - Marcin Bronikowski jeszcze bardziej wzmocniło sacrum słuchających. Aniołek drżał ze wzruszenia. Niezbyt często wykonywana pieśń Adolfa Adama Cantique de Noël-Głos duszy, mistrzowsko wykonana przez Marcina Bronikowskiego, powiększały poczucie sacrum.
Mogło się wydawać że muzyka A. L. Webbera nie zabrzmi dobrze w świątyni, ale gdzież tam? Fragmenty Evity tylko podkreśliły magiczny nastrój koncertu. Kolędy i pastorałki były przysłowiową wisienką na torcie. A Oj, maluśki… w interpretacji J. Steczkowskiej i wszystkich słuchaczy znowu rozczuliły i mnie, i aniołka.
I jeszcze słów kilka o orkiestrze. Katowicka Orkiestra to najwyższa światowa półka, najwspanialszy instrument jaki słyszałem. Żadnego fałszu, żadnego rytmicznego potknięcia, żadnego zbędnego dźwięku, doskonała dyscyplina. Jestem zaszczycony, że mogłem ją usłyszeć w naszej legnickiej katedrze. Jej dyrygent, Marek Moś, kontynuuje wspaniałe tradycje mistrzów batuty, którzy kierowali tym zespołem. Odniosłem wrażenie, że dyrygent, muzycy i ich instrumenty, to jedna nierozerwalna całość, to wielki instrument o niezwykłej mocy i czarownym brzmieniu.
Jak wspomniał T. Kamell, w katedrze unosił się duch Wojciecha Kilara. Osobiście czułem go nie tylko w „Dziewiątych wrotach”, ale i w uwerturze koncertu, w utworach Webbera, a co najdziwniejsze, i w kolędach pobrzmiewały frazy i akordy Kilara. Myślę, że i piaskowcowy aniołek potwierdzi, że była to uczta dla ducha.
Muszę w tym momencie podziękować tym, dzięki którym koncert ten odbył się – ludziom polskiej miedzi. Tym, którzy w wysokiej temperaturze, ogromnej wilgotności, w trudzie, w pocie wytwarzają „czerwone złoto”. Dziękuję Wam za to piątkowe przeżycie.
A z tym aniołkiem? Może to tylko iluzja… Może tak faktycznie było… A może to sacrum świątyni, magia dźwięków brzmiących akordami, może „czary” artystów? Ale co by to nie było, chciałbym odczuwać to częściej. Dziękuję.
D.P.